Strony

piątek, 21 sierpnia 2015

Moje Trzy Gracje


Każdy poród to cud. Dla mnie zawsze przeogromny, za każdym razem inny...
 I nic nie równa się z doświadczeniem tulenia do serca nowonarodzonego, lepkiego i bielutkiego od mazi płodowej, cieplutkiego, tętniącego życiem
ciałka Dziecka. To jest najcudowniejsze uczucie, jakie znam...



Wspomnienie pierwsze – Narodziny Antosi 28.06.2008r.

Pamiętam ten strumień sączących się wód płodowych. To był znak od Ciebie, że Jesteś gotowa, aby rozpocząć ostatni etap naszej wspólnej dziewięciomiesięcznej przygody…
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Jesteś dziewczynką, bo chciałam zaczekać do chwili Twoich narodzin i dopiero wtedy poznać Twoją płeć.
Niczego się nie bałam, choć był to pierwszy poród w moim życiu. W pełni zaufałam Bogu i własnemu ciału, które stworzył tak, abym mogła rodzić. Nie chciałam tego doświadczenia w żaden sposób znieczulać, bo wierzę, że naturalne narodziny, to jedna z najpiękniejszych i najważniejszych przygód w życiu człowieka, który właśnie przychodzi na świat. Nie chciałam odbierać tego Tobie, ani sobie.
Po dziewięciu godzinach usłyszałam Twój głos oraz jedno zdanie Położnej –
„Pani Agnieszko, ma pani Córkę”. W tamtej chwili całe moje serce zatańczyło z radości. Po chwili leżałaś na moim ciele, wtulona we mnie. Byłaś prześliczna. Cała bieluteńka i taka maleńka. Wokół było bardzo jasno, więc Twoje oczka były zamknięte. Wtedy po raz pierwszy w życiu poczułam całą sobą, jak cudownym doznaniem jest tulenie do serca nowonarodzonego Dziecka. Tego doświadczenia z niczym nie można porównać. Czułam ogromną radość i wdzięczność. Twój Tatuś stał obok mnie i miał łzy w oczach. Wiedzieliśmy, że ta chwila na zawsze pozostanie w naszej pamięci.

Przyszłaś na ten świat wczesnym rankiem, przed wschodem Słońca, wraz z dźwięcznym śpiewem porannych ptaszków, który dobiegał zza okna. Pojawiłaś się, aby zapoczątkować w naszym życiu zupełnie nową przygodę jaką jest rodzicielstwo.
Od dzieciństwa rozmodlona do Świętego Antoniego Padewskiego chciałam, aby to On był patronem mojego pierwszego Dziecka. Stąd Twoje imię – Antonina.
Anthos oznacza Kwiat. Jesteś pierwszym kwiatem, jaki zakwitnął w moim sercu i kwitnie tam do dnia dzisiejszego już na zawsze… Dziękuję Córeczko za to, że Jesteś.


Wspomnienie drugie – Narodziny Zosi 18.02.2011r.

Pamiętam, jak stojąc przy kuchennym blacie, nagle poczułam przepływającą przeze mnie falę oceanu. Zatrzymałam na chwilę myśli na tym wrażeniu. Po chwili kolejna fala. Czułam przypływy i odpływy ciepłych wód, które z dziwną regularnością wypływały ze mnie niczym fale oceanu. Wraz z jedną z nich pojawił się znany mi skurcz. Nie miałam wówczas najmniejszych wątpliwości, że to znaki od Ciebie, że oto rozpoczął się ostatni etap Twojej dziewięciomiesięcznej podróży na tę stronę świata…
W pokoju porodowym było cicho, przytulnie, panował półmrok, świeciło się jedynie małe boczne światełko. Weszłam do ciepłej wody i przybrałam jedyną pozycję (na czworakach), w której czułam, że dam radę przetrwać bóle skurczów. Zostałam w tej pozycji do samego końca. Intensywne skurcze były niemal przez cały czas.
W pewnym momencie, Położna zapytała, czy chcę urodzić Cię do wody. Powiedziałam, że tak. Zawsze o takim porodzie marzyłam.
Wszystko przebiegało bardzo intuicyjnie. Nie było komend ani poleceń. Czułam, jak się rodzisz, jak rodzi się Twoja główka i jak cała wypływasz ze mnie wraz z resztą wód płodowych.
„Popatrz w dół przed siebie” powiedziała Położna. Popatrzyłam, a pode mną, na pleckach płynęłaś Ty – maleńka, z szeroko otwartymi oczami. To było niesamowite. Po chwili wyjęłam Cię i położyłam sobie na piersiach. Wtedy ponownie szeroko otworzyłaś oczy i popatrzyłaś prosto w moje. Czułam wtedy, jak realizuje się moje ogromne marzenie o „wdrukowaniu obrazu matki w pamięć dziecka i odwrotnie”, o którym pisała Jean Liedloff w książce „W głębi kontinuum”.  Nie byłoby to możliwe, gdyby w pomieszczeniu, w którym przyszłaś na świat, świeciło się ostre światło zewsząd.
Trudno mi dobrać odpowiednie słowa, żeby wyrazić to, co czuję i czułam wtedy.
To było niesamowite doświadczenie – niemal mistyczne. Było cicho i spokojnie. Czułam się bezpiecznie i czułam, że wydarzyło się coś pięknego – narodziny o jakich pisał Frederick Leboyer - takie, jakie powinny być – narodziny bez przemocy.

Przyszłaś na ten świat w zaledwie dwie godziny, wieczorną porą. Masz na imię tak, jak patronka miejsca, w którym tak pięknie dane było Ci się urodzić.
Zofia znaczy Mądrość. Mnie to imię zawsze przywołuje na myśl wiosnę. Jesteś jak wiosna w moim życiu - od pierwszej chwili swego istnienia. Dzięki Tobie odkryłam nieznaną mi wcześniej radość macierzyństwa… Dziękuję Córeczko za to, że Jesteś.

 
Wspomnienie trzecie – Narodziny Irenki 2.09.2012r.

Pamiętam ten inny niż dotąd ucisk w brzuchu, który wprawił mnie w zamyślenie. Zupełnie inaczej niż Twoje Siostry dałaś mi znać, że nasza dziewięciomiesięczna przygoda dobiega końca i czas przywitać się twarzą w twarz…
W sali porodowej cisza, spokój, przygaszone światło i pomimo dużej przestrzeni, bardzo kameralna atmosfera, dająca poczucie bezpieczeństwa.
Cały poród rozwijał się niezwykle łagodnie – tak, jak sobie to wcześniej wymodliłam. Zanurzyłam się w cieplutkiej wodzie i tutaj zaczął się bardzo przyjemny czas. Odruchowo zaczęłam w wodzie wirować biodrami, a podczas skurczów, z zamkniętymi oczami nuciłam sobie melodie i mruczałam mruczanki. Pomyślałam wtedy, że to chyba najpiękniejszy poród, bo taki łagodny i dzięki temu mogę być tak bardzo świadoma każdego kolejnego etapu. W trakcie skurczów czułam też Twoje ruchy. Było mi to dotąd nieznane, bo nigdy wcześniej nie rodziłam z zachowanym pęcherzem płodowym.
Woda łagodziła ból, ale też bardzo rozgrzewała moje ciało i Twoje tętno wzrosło. Postanowiłam więc trochę pospacerować. Od tego momentu, jedynie pozycja pionowa – choć fizycznie wyczerpująca – dawała mi poczucie stabilności.
Wraz z kolejnym skurczem poczułam znajome mi rozciąganie w kroczu. Odruchowo zaczęłam przeć i krzyczeć jednocześnie. Przy kolejnym skurczu tak samo. Przy następnym Położna powiedziała, żebym przez chwilę tylko oddychała. Pomyślałam, że nie dam rady, ale całą sobą spróbowałam i udało się.
I wtedy dane mi było doświadczyć czegoś niesamowitego. Czułam, jak bez najmniejszego mojego udziału, samodzielnie pokonujesz drogę przez kanał rodny. Czułam, że to nie ja rodzę, ale Ty się rodzisz – sama, czy tego chcę, czy nie, czy na to pozwalam, czy też nie. 
Po chwili poczułam wychodzącą główkę i wielką fizyczną ulgę, jaka towarzyszy temu etapowi porodu. Powiedziałam: „wyszła główka”.
I wtedy to się stało – to, na co czekałam niemal od początku. Worek owodniowy pękł i wodospad ciepłych wód płodowych z dużą siłą uderzył o podłogę. Wraz z wodami wypłynęło całe Twoje ciałko. Dane mi było więc poznać siłę wodospadu, z jaką potrafi na ten świat wypłynąć nowe Życie.
Widywałam na zdjęciach i czytałam opisy porodów, w których główka dziecka rodzi się w zachowanym worku owodniowym. Myślałam jednak, że są to tak nieliczne przypadki, że nie ma nawet co zastanawiać się, że kiedykolwiek akurat mnie będzie dane urodzić w ten sposób. 
Popatrzyłam w dół. Byłaś maleńka i bielutka. Gdy tylko znalazłaś się w moich dłoniach, otworzyłaś szeroko oczy i popatrzyłaś prosto w moje. Byłam wniebowzięta.
Kolejne narodziny bez przemocy. Poród, w którym Położna podążała za mną, odgadywała moje potrzeby i nie mówiąc, nie pytając, spełniała je we właściwych momentach, pozwalając mi całkowicie przejąć stery tego wydarzenia. Czułam, że to ja o wszystkim decyduję i czułam się bardzo bezpieczna w tym miejscu i w tym toku wydarzeń.

Przyszłaś na ten świat  wraz ze wschodem Słońca. Nie dość, że w niedzielę, to jeszcze w czepku urodzona – w dosłownym znaczeniu tego wyrażenia.
Pojawiłaś się w naszym życiu na bardzo dziwnym i trudnym jego etapie – pełnym ciągłej gonitwy za czymś. Pokochaliśmy Cię od pierwszych chwil świadomości Twego istnienia, bo głęboko wierzymy, że każde życie poczyna się w danej chwili nie bez przyczyny i nie bez celu i sensu.
Irena znaczy Niosąca Pokój. Zostałaś nam dana po to, aby wraz z Sobą wnieść do naszego życia pokój… Dziękuję Córeczko za to, że Jesteś.





powyższa praca zatytułowana "Moje Trzy Gracje", w październiku 2012 roku, ukazała się na wystawie "Urodziłam Życie", zorganizowanej w Fundacji Sto Pociech w Warszawie, przez dwie Doule - Kasię Szczepańską-Wocial i Pamelę Kucińską

piątek, 24 lipca 2015

Dobra Duszka w mediach

Jakiś czas temu, pewna cudowna kobieta, w rozmowie o moim doulowaniu, zaproponowała mi, abym napisała o tym. Iskra radości zapłonęła w moim doulowym sercu gdyż powróciły wspomnienia z młodzieńczych czasów moich publikacji. 
Kiedyś pisałam dosyć dużo i dawało mi to ogrom satysfakcji. Teraz piszę mniej i większość ląduje w folderze pod tytułem do napisania, czyli wszystko, co rozpoczęte i z różnych przyczyn niedokończone, lecz z zamiarem dopracowania. To, co jakimś cudem osiąga zamierzoną jakość, zamieszczam na blogu (jednym lub drugim).
Gdy więc pojawiła się możliwość napisania tekstu, który ma szansę ukazać się w kobiecym magazynie, nie zastanawiałam się długo i propozycję przyjęłam z nieskrywanym entuzjazmem.
Miało być o mojej pracy w kontekście realizacji marzeń. Przyznam szczerze, że nie wyobrażam sobie inaczej, bo bycie doulą i kroczenie tą drogą, tym właśnie dla mnie jest - spełnianiem się w czymś, co sobie wymarzyłam.


Artykuł można przeczytać w najnowszym numerze magazynu meLADY
Zapraszam też do zapoznania się z samym pismem. Znajdziecie w nim dużo kobiecej energii i wiele ciekawych inspiracji. Osobiście bardzo cenię sobie każdą odsłonę kobiecości, która ma na celu ukazanie pełni kobiecej potęgi i mądrości, bez spłycania czy też koncentrowania się jedynie na tym, co zewnętrzne. 
Taka jest właśnie meLADY. Dużo w niej wartościowych treści (pisanych również przez mężczyzn), wywiadów z ciekawymi osobami (nie tylko kobietami) oraz różnych cennych porad. Jest tam też miejsce na modę, nowości, książki, kulinaria, biznes. Zdecydowanie jedno z tych pism, do których warto zaglądać.

sobota, 11 lipca 2015

Piękno długiego karmienia piersią

Ostatnio miałam okazję rozmawiać na ten temat w TVN Style przy okazji nagrania jednego z tematów do Miasta Kobiet. Pomimo różnic w postrzeganiu, przekonaniach itp., można mówić o tym w sposób kulturalny zachowując szacunek dla rozmówcy, bez manifestowania misji zmieniania cudzych poglądów. Cenię programy, w których po prostu porusza się różne zagadnienia bez konieczności wystawiania ocen.
Fala hejtów przepłynie przez sieć zapewne dopiero po wyemitowaniu odcinka. Śmiem twierdzić, że w mieście, w którym aktualnie mieszkam, zostanę okrzyknięta zboczeńcem roku po publicznym wyznaniu, iż sporadycznie pozwalałam mojej sześciolatce oraz czterolatce poczuć smak pokarmu płynącego wprost z moich piersi.
Jestem jednak głęboko przekonana o normalności naszej relacji. Podobnie jak o konieczności przełamywania tabu związanego z tematem długiego karmienia piersią.
Pozwolę sobie zacytować wypowiedź pochodzącą z Kwartalnika Laktacyjnego, którego lekturę zdecydowanie polecam:

„Na Kwartalniku laktacyjnym szanujemy, doceniamy i podziwiamy karmienie piersią dzieci w każdym wieku. Podpieramy się w tym badaniami oraz wytycznymi światowych i lokalnych organizacji promujących zdrowie, które zalecają karmienie piersią minimum dwa lata i dłużej o ile mama i dziecko dalej chcą kontynuować tą przygodę. Jednocześnie w pełni popieramy stanowisko naukowe, które mówi, że w żadnym wieku karmienie piersią nie stanowi dla dziecka krzywdy pod kątem zdrowotnym i emocjonalnym, a wręcz przeciwnie niesie dla niego korzyści. Zgodnie z badaniami antropolożki Katherine Dettwyler dzieci odstawiają się od piersi naturalnie między 2,5 a 7 rokiem życia.”

Dodam też, że wszelkie teorie o rzekomym karmieniu piersią dzieci na siłę, są pozbawione jakiegokolwiek sensu. Wiedzą o tym doskonale choćby te kobiety, którym w szpitalu po narodzinach dziecka wmawiano, że muszą przystawiać do piersi o odpowiednich porach, bo w przeciwnym razie… No właśnie. Co w przeciwnym razie? Dziecko umrze?
Albo tzw. wybudzanie dziecka do karmienia, żeby zachować ustalone (ciekawe przez kogo i dla kogo konieczne?) odstępy czasu pomiędzy karmieniami. Już na etapie noworodkowym, dziecko, które nie czuje głodu, pragnienia ani chęci zaspokojenia potrzeby bliskości poprzez kontakt z matczyną piersią, nie będzie tej piersi ssało. Większe dziecko tym bardziej. A takie, które już mówi, zakomunikuje to w sposób bardzo czytelny.
Nie jest zatem prawdą, że długie karmienie piersią jest efektem przymuszania dziecka do tego, aby ssało pierś, bo matka-wariatka ma na to ochotę.


Długie karmienie piersią to efekt relacji, jaka zawiązuje się pomiędzy matką i dzieckiem na etapie rozwoju, który trwa od narodzin do około siódmego roku życia. Na tym etapie, kontakt dziecka z ciałem matki jest zupełnie naturalny. Nie oznacza to, że każda kobieta ma obowiązek karmić piersią przez cały ten czas. Jednak jeśli taka jest potrzeba dziecka, to nie ma w tym nic niepokojącego. I oczywiście warto zauważyć, że karmienie piersią większego dziecka, to już nie jest codzienne przystawianie do piersi kilka czy kilkanaście razy w ciągu doby, jak to ma miejsce w przypadku młodszych dzieci.
Jeśli sześciolatek zgłasza chęć napicia się maminego pokarmu, robi to np. raz na kilka tygodni w sytuacji, gdy akurat odczuwa taką potrzebę. Może to być związane z doświadczaniem trudnych emocji, a przytulenie się do piersi, łagodzi ten stan. Tak było w przypadku mojej córki. Mniej więcej raz na kilka tygodni zdarzało się, że chciała pokarm z piersi na pocieszenie, gdy spotkało ją coś smutnego. W międzyczasie również przeżywała trudne emocje, ale radziła sobie z nimi w inny sposób. Z czasem coraz rzadziej potrzebowała piersi, aż przyszedł moment, kiedy zupełnie zrezygnowała z tej formy pocieszenia.
Siedem lat to moment przełomowy. Taki też był dla mojej córki. Cieszę się, że nie zasiadła w szkolnej ławce w wieku sześciu lat, bo z perspektywy czasu widzę, że nie była na to gotowa, podczas gdy teraz już jest. Przez ten jeden rok wykonała kawał dobrej roboty jeśli chodzi o jej rozwój emocjonalny i społeczny. Sporadyczne pocieszanie się moją piersią nie przeszkodziło jej w tym, a wręcz mam wrażenie, że fakt, iż nie stawiałam oporu, ułatwił mojej córce wykonanie kroku do samodzielności, jaka potrzebna jest gdy rozpoczyna się naukę w szkole.


Nie uważam, że długie karmienie piersią jest jedyną słuszną drogą, którą ma obowiązek wybrać każda matka. Myślę jednak, że bardzo krzywdzące jest ocenianie i krytykowanie wyboru, jakiego dokonuje dana rodzina. A snucie i rozpowszechnianie teorii, które nie mają żadnego odzwierciedlenia w danych naukowych, a nawet są z tymi danymi sprzeczne, jest zwyczajnie szkodliwe.

Mam wielką nadzieję, że nadejdzie czas, gdy taki widok, stanie się w pełni akceptowany przez społeczeństwo


wtorek, 9 czerwca 2015

Nie zdążyłam na autobus

Miałam milion spraw do załatwienia i bałagan w domu. Jedną ręką gotowałam obiad, drugą odpisywałam na ważnego maila, a w chuście na plecach zasypiała mi trzecia córka.
Gdy już się jako-tako ogarnęłam i wybiegłam na przystanek, niestety było za-późno. Zwiał mi i nawet pomachać nie zdążyłam.
Nie, nie rozpaczałam. Dlaczego? Bo z autobusami tak już jest, że można czasem nie zdążyć i zawsze gdy biegnę w ostatniej chwili, mam świadomość, że może mi odjechać sprzed nosa. Jeśli tak się stanie, nie rozpaczam, bo wychodząc za-pięć-sekund-odjazd, jestem w pełni pogodzona z konsekwencjami.

A tak z innej bajki, to skończyłam studia (jakieś 10 lat temu), zwiedziłam Lizbonę, Rzym i Barcelonę. Zdobyłam wiele cennych doświadczeń. Wciąż się rozwijam i końca nie widzę (i wiedzieć nie chcę). W międzyczasie zostałam też mamą.
Wiecie dlaczego to wszystko zrobiłam? Bo (uwaga!) CHCIAŁAM. Wszystko, łącznie z dziećmi. Odkąd pamięcią sięgam, zawsze chciałam być mamą.  
A zatem podejmując decyzję o dzieciach, zrealizowałam swoje marzenie o byciu matką. Podobnie, jak z podróżami, nauką, pracą i szeroko pojętym rozwojem. Co więcej, na kolejnych etapach mojego życia, pojawiały się nowe pomysły a wraz z nimi perspektywy.

Kiedy podejmowałam decyzję o pierwszym dziecku, byłam zaangażowaną tancerką (mój taniec, to też efekt realizacji marzeń) i wiedziałam, że mogę już nie wrócić na scenę, choć zawsze świetnie się na niej czułam. Czy teraz żałuję? Nie, bo decydując się na dziecko, miałam świadomość konsekwencji wyboru, którego dokonuję.
Gdybym opcję macierzyństwo odwlekła w czasie na rzecz opcji jeszcze-kilka-lat-na-scenie oznaczałoby to tyle, że nie czuję się jeszcze gotowa na dziecko, za to chcę realizować się w tańcu. Ale ja czułam się gotowa zejść ze sceny, aby wystawić pierś i karmić nią tak długo, jak dziecko będzie tego chciało. Stało się to moim priorytetem, więc się w tym realizowałam i tak mi było dobrze. Czy to był właściwy wybór? Tak. Dlaczego? Bo był zgodny z tym, czego chciałam.
Gdybym jednak nie chciała i decyzję o macierzyństwie podjęła wyłącznie pod wpływem przekonania, że tak a nie inaczej postąpić powinnam, bo zakodował to we mnie przekaz kulturowy na temat samospalającej się na ołtarzu macierzyństwa matki polki, wtedy byłby to najgorszy wybór mojego życia. Wtedy też z pewnością powiedziałabym, że żałuję.
Ale na całe szczęście, jako istoty dorosłe, jesteśmy w pełni świadome konsekwencji każdego wyboru jakiego dokonujemy.

Dlatego, gdy pozornie smutna pani, przechadza się po wielkim zadbanym domu, z równie wielkim ogrodem, przywołując wspomnienia o jeszcze większych rzeczach, które zrealizowała w swoim życiu i na koniec dodaje, że żałuje oraz, że nie zdążyła, to ja jej nie wierzę. Nie przekonuje mnie nawet sztuczna łza spływająca w ostatnim kadrze po jej policzku.
Zwyczajnie nie wierzę, że ktoś, kto świadomie podejmuje w życiu decyzje, nie zdaje sobie sprawy z tak oczywistej rzeczy, jaką są konsekwencje. Bo przecież one są zawsze. Na tym zresztą polega dramat wyboru, że decydując się na coś, rezygnujemy z czegoś innego. Wiedzą to już kilkuletnie dzieci, gdy np. mają powiedziane, że mogą sobie wybrać w sklepie jedną rzecz. Przeważnie spodoba im się więcej i muszą wybrać to, na czym zależy im bardziej, a tym samym z czegoś zrezygnować.
Nie wierzę zatem, że dorosła kobieta, która snuje życiowe plany i dokonuje wyboru tego, co dla niej najistotniejsze, nie dostrzega jednocześnie faktu swojej własnej rezygnacji z tego, co dla niej mniej ważne, lub zupełnie nieistotne.


Czas najwyższy przyjąć do wiadomości, że nie każda kobieta chce mieć dzieci. I jest to tak samo normalny objaw, jak to, że inna nie wyobraża sobie bez nich życia. Fakt, że wciąż dla wielu szokujący, bo w naszej kulturze nadal niestety uważa się, że skoro kobieta posiada jajniki i macicę, to właśnie po to (i tylko po to), aby wykorzystać je zgodnie z przeznaczeniem. Takie postrzeganie kobiecości jest w mym odczuciu bardzo krzywdzące. Choćby z uwagi na kobiety, które latami starają się o dziecko i nic. Pomimo posiadania jajników i macicy. Do tego jeszcze pytania życzliwych ciotek i sąsiadek – „to kiedy wreszcie dzidziuś?” Bo wiadomo, że bez dzidziusia twoja egzystencja, droga kobieto, pozbawiona jest sensu i celu przecież. A która w takiej sytuacji odpowie – „marzę o dziecku i od dawna staramy się o nie, ale niestety wciąż nie mogę zajść w ciążę” ? Trąbienie o jedynym słusznym celu, w jakim kobieta została powołana do istnienia, sprawia, że te, które marzą o macierzyństwie, a nie jest im dane go doświadczyć, przeżywają dramat. Bo ciągle słyszą o sobie w kategoriach ułomności, niepełnosprawności. Wmawia się im, że nie mają prawa czuć się spełnione, jeśli nie urodzą dziecka. Wiadomo – nie wprost, ale niestety tak właśnie daje się odczytać przekaz nawołujący do rozmnażania się za wszelką cenę. Z jakiegoś powodu, temat mężczyzny w tym układzie jest w zasadzie pomijany. Najczęściej słyszy się o kobietach, które nie-mogą-mieć-dzieci, ewentualnie o niepłodnych parach, ale dawno nie słyszałam o facecie, który dzieci mieć nie może. I kiedy mowa o odkładaniu-na-później macierzyństwa, to pytanie o ojcostwo nasuwa mi się niemal samo.
Przyznam, że szlag jasny mnie trafia i cholera mnie bierze gdy widzę, jak (znów nie-wprost) wmawia się kobiecie, że ciężar odpowiedzialności rodzicielskiej spoczywa w zasadzie wyłącznie na niej. Jeśli tak nie jest, to proszę o uzasadnienie, dlaczego to macierzyństwa (a nie ojcostwa lub po prostu rodzicielstwa) nie należy odkładać na później? Oraz dlaczego jedyną bohaterką wiadomego spotu jest kobieta?

A wracając do tematu chcenia, to myślę, że jest to bardzo łatwe do ogarnięcia umysłem. Jedna marzy o dzieciach, druga o karierze zawodowej, a trzecia o jednym i drugim. I jeśli tylko bardzo zależy im na realizacji marzeń, to osiągną zamierzone cele czy się to komuś podoba czy nie. I żadne spoty reklamowe tudzież inne „motywatory” nie będą im do tego potrzebne, ani też nie staną na przeszkodzie.

Z mego punktu widzenia, fundacja z mamą i tatą w nazwie obrała sobie cel, niemożliwy do zrealizowania. Nie dość, że o macierzyństwie traktuje niczym o autobusie, na który czasem można nie zdążyć, to jeszcze odwołuje się do tego, czego z założenia zmienić się nie da. NIE DA się bowiem wpłynąć na wolę drugiego człowieka. Owszem – można zmusić siłą, ale wola pozostanie, jaką była wcześniej.
Kampania, która ma za cel sprawić, aby kobiety, które nie chcą mieć dzieci, zaczęły chcieć je mieć, pod naciskiem jakże silnego argumentu (umieram ze strachu), że mogą nie zdążyć (tak, jak ja na autobus) i w konsekwencji żałować, z góry skazana jest na przegraną. Dlaczego? Bo – patrz powyżej – nie każda kobieta chce być matką i infantylny przekaz nic tu nie zdziała.

piątek, 29 maja 2015

#MojeCiałoPodarowało


Obok takiej akcji nie przechodzi się obojętnie.


Mlekoteka i Mataja stworzyły coś wyjątkowego.
Nie od dziś wiadomo, że mleko mamy, to najlepszy pokarm dla dziecka.
Teraz każda z Was ma możliwość przekonać się, jak wiele podarowałyście swoim dzieciom i jak niesamowitą moc ma Wasze ciało.
Tutaj znajdziecie informację, jak obliczyć ilość pokarmu, którą Wasze ciało podarowało.


A gdy już się przekonacie, zachęcam do podzielenia się tą radosną nowiną i tym samym do promowania karmienia piersią. 
#MojeCiałoPodarowało


wtorek, 19 maja 2015

Rola kobiecego wsparcia w okresie okołoporodowym



Taki krąg kobiet... 
To wcale nie musi być duża grupa. Tak naprawdę czasem wystarczy tylko jedna kobieta z bardzo otwartym sercem. Krąg to pojęcie, które ma naszkicować pewną ideę, jaka towarzyszy temu konkretnemu rodzajowi wspierania.
W okresie okołoporodowym, kobieta doświadcza tak wielu stanów emocjonalnych i fizycznych, że w pełni zrozumieć ją może tylko druga kobieta. Szczególnie jeśli sama też już rodziła dzieci. 

W tradycji Kultur Wschodu, taką rolę pełni najczęściej matka rodzącej kobiety. 
Dr Preeti Agrawal w książce „Odkrywam Macierzyństwo” nazywa to matkowaniem matce. Doświadczyłam takiego matkowania po narodzinach każdej z moich Córek. Szczególnie za pierwszym razem miało to ogromne znaczenie, bo wszystko było wówczas takie nowe, nieznane dotąd i jednocześnie przerastające wszelkie moje wcześniejsze wyobrażenia o macierzyństwie. Obecność mojej mamy była wówczas nieoceniona i niezastąpiona. 
Bardzo chciałabym, w przyszłości być takim wsparciem dla moich Córek. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że nie zawsze jest tak, że to właśnie matka-rodzicielka najlepiej potrafi odpowiedzieć na potrzeby kobiety, która staje na progu swego własnego macierzyństwa. Składa się na to bardzo wiele czynników. Mogą to być choćby przykre doświadczenia wyniesione z własnego porodu czy trudne relacje matki z córką, ale również inne czynniki tak psychologiczne jak i fizyczne.
Jednak bez względu na to, co przyniesie życie, bardzo chciałabym, aby moim Córkom nigdy nie zabrakło kogoś, kto otoczy je kręgiem ciepła, miłości i empatii w tych ważnych chwilach.

W czasie porodu taką rolę niewątpliwie pełni doula. Kocha bezwarunkowo, czuje i rozumie, ale też wspiera fizycznie (pomaga ciału znaleźć stabilne oparcie, masuje je i podtrzymuje, podaje wodę, pomaga się przebrać czy umyć) i słownie, gdy choćby trzeba rozwiać jakieś wątpliwości lub coś wyjaśnić.
Doula otacza opieką również przed porodem oraz w połogu. Na tych etapach często do kręgu wsparcia dołączają inne kobiety – matka, przyjaciółki, babcia, teściowa, siostra, szwagierka... Każda z nich wnosi wraz z sobą coś innego. Krąg to jednak nie tyle ilość, co przede wszystkim  jakość. Myślę, że kobieta, która urodziła dziecko, byłaby w stanie przypomnieć sobie, które kobiety w okresie okołoporodowym tworzyły wokół niej taki krąg wsparcia, a które pomimo swej obecności w jej życiu w tym okresie, nie należały do tego kręgu, bo ich obecność nie była wspierająca.

Rola kręgu jest wielka i piękna. Kobieca obecność daje ciepło wewnętrzne, poczucie spokoju i wiarę w to, że wszystko jest i będzie dobrze. W towarzystwie wspierających kobiet można pozwolić sobie w pełni na bycie sobą - bycie tu i teraz ze wszystkimi emocjami, łzami, słowami… bez cienia obawy, że zostanie się ocenioną czy wyśmianą. To jest przestrzeń pełna zrozumienia.



Krąg wsparcia to nie tylko fizyczna obecność osób. Bywają bowiem sytuacje, w których trudno o spotkanie twarzą w twarz. Zwłaszcza, gdy mieszkamy daleko od siebie. Warto pamiętać, że wsparcie duchowe to też ogromna pomoc. Czasami nie trzeba trzymać kogoś za rękę, żeby poczuł się zrozumiany. Będąc w trzeciej ciąży miałam w swoim kręgu dwie takie kobiety, które pomimo dzielących nas setek kilometrów, obdarzyły mnie ogromem wsparcia zarówno duchowego – w modlitwie, jak i poprzez rozmowy telefoniczne. Jedną z tych kobiet była położna Irena Chołuj. Niesamowite było dla mnie to, że telefon od Niej dzwonił zawsze wtedy, gdy akurat bardzo potrzebowałam rozmowy z zaufaną osobą, która świetnie orientuje się w typowo ciążowej tematyce. Po tych rozmowach czułam się bardzo podniesiona na duchu z odbudowanymi pokładami nadziei. 

Każdej kobiecie oczekującej dziecka życzę, aby wokół niej znalazły się kobiety, które otoczą ją kręgiem wsparcia i będą z nią w najważniejszych dla niej chwilach.