wtorek, 18 sierpnia 2015
piątek, 24 lipca 2015
Dobra Duszka w mediach
Jakiś czas temu, pewna cudowna kobieta, w rozmowie o moim doulowaniu, zaproponowała mi, abym napisała o tym. Iskra radości zapłonęła w moim doulowym sercu gdyż powróciły wspomnienia z młodzieńczych czasów moich publikacji.
Kiedyś pisałam dosyć dużo i dawało mi to ogrom satysfakcji. Teraz piszę mniej i większość ląduje w folderze pod tytułem do napisania, czyli wszystko, co rozpoczęte i z różnych przyczyn niedokończone, lecz z zamiarem dopracowania. To, co jakimś cudem osiąga zamierzoną jakość, zamieszczam na blogu (jednym lub drugim).
Gdy więc pojawiła się możliwość napisania tekstu, który ma szansę ukazać się w kobiecym magazynie, nie zastanawiałam się długo i propozycję przyjęłam z nieskrywanym entuzjazmem.
Miało być o mojej pracy w kontekście realizacji marzeń. Przyznam szczerze, że nie wyobrażam sobie inaczej, bo bycie doulą i kroczenie tą drogą, tym właśnie dla mnie jest - spełnianiem się w czymś, co sobie wymarzyłam.
Artykuł można przeczytać w najnowszym numerze magazynu meLADY.
Zapraszam też do zapoznania się z samym pismem. Znajdziecie w nim dużo kobiecej energii i wiele ciekawych inspiracji. Osobiście bardzo cenię sobie każdą odsłonę kobiecości, która ma na celu ukazanie pełni kobiecej potęgi i mądrości, bez spłycania czy też koncentrowania się jedynie na tym, co zewnętrzne.
Taka jest właśnie meLADY. Dużo w niej wartościowych treści (pisanych również przez mężczyzn), wywiadów z ciekawymi osobami (nie tylko kobietami) oraz różnych cennych porad. Jest tam też miejsce na modę, nowości, książki, kulinaria, biznes. Zdecydowanie jedno z tych pism, do których warto zaglądać.
sobota, 11 lipca 2015
Piękno długiego karmienia piersią
Ostatnio miałam okazję rozmawiać na ten temat w TVN Style przy
okazji nagrania jednego z tematów do Miasta Kobiet.
Pomimo różnic w postrzeganiu, przekonaniach itp., można mówić o tym w
sposób kulturalny zachowując szacunek dla rozmówcy, bez manifestowania misji
zmieniania cudzych poglądów. Cenię programy, w których po prostu porusza się
różne zagadnienia bez konieczności wystawiania ocen.
Fala hejtów przepłynie przez sieć zapewne dopiero po
wyemitowaniu odcinka. Śmiem twierdzić, że w mieście, w którym aktualnie
mieszkam, zostanę okrzyknięta zboczeńcem roku po publicznym wyznaniu, iż
sporadycznie pozwalałam mojej sześciolatce oraz czterolatce poczuć smak pokarmu
płynącego wprost z moich piersi.
Jestem jednak głęboko przekonana o normalności naszej
relacji. Podobnie jak o konieczności przełamywania tabu związanego z tematem
długiego karmienia piersią.
Pozwolę sobie zacytować wypowiedź pochodzącą z Kwartalnika Laktacyjnego, którego lekturę zdecydowanie polecam:
„Na Kwartalniku laktacyjnym szanujemy, doceniamy i podziwiamy karmienie
piersią dzieci w każdym wieku. Podpieramy się w tym badaniami oraz wytycznymi
światowych i lokalnych organizacji promujących zdrowie, które zalecają
karmienie piersią minimum dwa lata i dłużej o ile mama i dziecko dalej chcą
kontynuować tą przygodę. Jednocześnie w
pełni popieramy stanowisko naukowe, które mówi, że w żadnym wieku karmienie
piersią nie stanowi dla dziecka krzywdy pod kątem zdrowotnym i emocjonalnym, a
wręcz przeciwnie niesie dla niego korzyści. Zgodnie z badaniami
antropolożki Katherine Dettwyler dzieci odstawiają się od piersi naturalnie
między 2,5 a
7 rokiem życia.”
Dodam też, że wszelkie teorie
o rzekomym karmieniu piersią dzieci na siłę, są pozbawione jakiegokolwiek sensu. Wiedzą
o tym doskonale choćby te kobiety, którym w szpitalu po narodzinach dziecka
wmawiano, że muszą przystawiać do piersi o odpowiednich porach, bo w przeciwnym
razie… No właśnie. Co w przeciwnym razie? Dziecko umrze?
Albo tzw. wybudzanie dziecka
do karmienia, żeby zachować ustalone (ciekawe przez kogo i dla kogo konieczne?)
odstępy czasu pomiędzy karmieniami. Już na etapie noworodkowym, dziecko, które
nie czuje głodu, pragnienia ani chęci zaspokojenia potrzeby bliskości poprzez
kontakt z matczyną piersią, nie będzie tej piersi ssało. Większe dziecko tym
bardziej. A takie, które już mówi, zakomunikuje to w sposób bardzo czytelny.
Nie jest zatem prawdą, że
długie karmienie piersią jest efektem przymuszania dziecka do tego, aby ssało
pierś, bo matka-wariatka ma na to ochotę.
Długie karmienie piersią to
efekt relacji, jaka zawiązuje się pomiędzy matką i dzieckiem na etapie rozwoju,
który trwa od narodzin do około siódmego roku życia. Na tym etapie, kontakt
dziecka z ciałem matki jest zupełnie naturalny. Nie oznacza to, że każda kobieta
ma obowiązek karmić piersią przez cały ten czas. Jednak jeśli taka jest
potrzeba dziecka, to nie ma w tym nic niepokojącego. I oczywiście warto
zauważyć, że karmienie piersią większego dziecka, to już nie jest codzienne
przystawianie do piersi kilka czy kilkanaście razy w ciągu doby, jak to ma
miejsce w przypadku młodszych dzieci.
Jeśli sześciolatek zgłasza
chęć napicia się maminego pokarmu, robi to np. raz na kilka tygodni w sytuacji,
gdy akurat odczuwa taką potrzebę. Może to być związane z doświadczaniem
trudnych emocji, a przytulenie się do piersi, łagodzi ten stan. Tak było w
przypadku mojej córki. Mniej więcej raz na kilka tygodni zdarzało się, że
chciała pokarm z piersi na pocieszenie, gdy spotkało ją coś smutnego. W
międzyczasie również przeżywała trudne emocje, ale radziła sobie z nimi w inny
sposób. Z czasem coraz rzadziej potrzebowała piersi, aż przyszedł moment, kiedy
zupełnie zrezygnowała z tej formy pocieszenia.
Siedem lat to moment
przełomowy. Taki też był dla mojej córki. Cieszę się, że nie zasiadła w
szkolnej ławce w wieku sześciu lat, bo z perspektywy czasu widzę, że nie była
na to gotowa, podczas gdy teraz już jest. Przez ten jeden rok wykonała kawał
dobrej roboty jeśli chodzi o jej rozwój emocjonalny i społeczny. Sporadyczne
pocieszanie się moją piersią nie przeszkodziło jej w tym, a wręcz mam wrażenie,
że fakt, iż nie stawiałam oporu, ułatwił mojej córce wykonanie kroku do
samodzielności, jaka potrzebna jest gdy rozpoczyna się naukę w szkole.
Nie uważam, że długie
karmienie piersią jest jedyną słuszną drogą, którą ma obowiązek wybrać każda
matka. Myślę jednak, że bardzo krzywdzące jest ocenianie i krytykowanie wyboru,
jakiego dokonuje dana rodzina. A snucie i rozpowszechnianie teorii, które nie
mają żadnego odzwierciedlenia w danych naukowych, a nawet są z tymi danymi
sprzeczne, jest zwyczajnie szkodliwe.
Mam wielką nadzieję, że
nadejdzie czas, gdy taki widok, stanie się w pełni akceptowany przez
społeczeństwo
wtorek, 9 czerwca 2015
Nie zdążyłam na autobus
Miałam milion spraw do załatwienia i bałagan w domu. Jedną
ręką gotowałam obiad, drugą odpisywałam na ważnego maila, a w chuście na
plecach zasypiała mi trzecia córka.
Gdy już się jako-tako ogarnęłam i wybiegłam na przystanek,
niestety było za-późno. Zwiał mi i
nawet pomachać nie zdążyłam.
Nie, nie rozpaczałam. Dlaczego? Bo z autobusami tak już
jest, że można czasem nie zdążyć i zawsze gdy biegnę w ostatniej chwili, mam
świadomość, że może mi odjechać sprzed nosa. Jeśli tak się stanie, nie
rozpaczam, bo wychodząc za-pięć-sekund-odjazd,
jestem w pełni pogodzona z konsekwencjami.
A tak z innej bajki, to skończyłam studia (jakieś 10 lat
temu), zwiedziłam Lizbonę, Rzym i Barcelonę. Zdobyłam wiele cennych doświadczeń.
Wciąż się rozwijam i końca nie widzę (i wiedzieć nie chcę). W międzyczasie
zostałam też mamą.
Wiecie dlaczego to wszystko zrobiłam? Bo (uwaga!) CHCIAŁAM.
Wszystko, łącznie z dziećmi. Odkąd pamięcią sięgam, zawsze chciałam być mamą.
A zatem podejmując decyzję o dzieciach, zrealizowałam swoje
marzenie o byciu matką. Podobnie, jak z podróżami, nauką, pracą i szeroko
pojętym rozwojem. Co więcej, na kolejnych etapach mojego życia, pojawiały się
nowe pomysły a wraz z nimi perspektywy.
Kiedy podejmowałam decyzję o pierwszym dziecku, byłam
zaangażowaną tancerką (mój taniec, to też efekt realizacji marzeń) i
wiedziałam, że mogę już nie wrócić na scenę, choć zawsze świetnie się na niej
czułam. Czy teraz żałuję? Nie, bo decydując się na dziecko, miałam świadomość
konsekwencji wyboru, którego dokonuję.
Gdybym opcję macierzyństwo
odwlekła w czasie na rzecz opcji jeszcze-kilka-lat-na-scenie
oznaczałoby to tyle, że nie czuję się jeszcze gotowa na dziecko, za to chcę
realizować się w tańcu. Ale ja czułam się gotowa zejść ze sceny, aby wystawić
pierś i karmić nią tak długo, jak dziecko będzie tego chciało. Stało się to
moim priorytetem, więc się w tym realizowałam i tak mi było dobrze. Czy to był
właściwy wybór? Tak. Dlaczego? Bo był zgodny z tym, czego chciałam.
Gdybym jednak nie chciała i decyzję o macierzyństwie podjęła
wyłącznie pod wpływem przekonania, że tak a nie inaczej postąpić powinnam, bo zakodował to we mnie przekaz kulturowy na temat
samospalającej się na ołtarzu macierzyństwa matki polki, wtedy byłby to
najgorszy wybór mojego życia. Wtedy też z pewnością powiedziałabym, że żałuję.
Ale na całe szczęście, jako istoty dorosłe, jesteśmy w pełni
świadome konsekwencji każdego wyboru jakiego dokonujemy.
Dlatego, gdy pozornie smutna pani, przechadza się po wielkim
zadbanym domu, z równie wielkim ogrodem, przywołując wspomnienia o jeszcze
większych rzeczach, które zrealizowała w swoim życiu i na koniec dodaje, że
żałuje oraz, że nie zdążyła, to ja jej nie wierzę. Nie przekonuje mnie nawet
sztuczna łza spływająca w ostatnim kadrze po jej policzku.
Zwyczajnie nie wierzę, że ktoś, kto świadomie podejmuje w
życiu decyzje, nie zdaje sobie sprawy z tak oczywistej rzeczy, jaką są
konsekwencje. Bo przecież one są zawsze. Na tym zresztą polega dramat wyboru,
że decydując się na coś, rezygnujemy z czegoś innego. Wiedzą to już kilkuletnie
dzieci, gdy np. mają powiedziane, że mogą sobie wybrać w sklepie jedną rzecz.
Przeważnie spodoba im się więcej i muszą wybrać to, na czym zależy im bardziej,
a tym samym z czegoś zrezygnować.
Nie wierzę zatem, że dorosła kobieta, która snuje życiowe
plany i dokonuje wyboru tego, co dla niej najistotniejsze, nie dostrzega
jednocześnie faktu swojej własnej rezygnacji z tego, co dla niej mniej ważne,
lub zupełnie nieistotne.
Czas najwyższy przyjąć do wiadomości, że nie każda kobieta
chce mieć dzieci. I jest to tak samo normalny objaw, jak to, że inna nie wyobraża sobie bez nich życia. Fakt, że wciąż dla wielu
szokujący, bo w naszej kulturze nadal niestety uważa się, że skoro kobieta
posiada jajniki i macicę, to właśnie po to (i tylko po to), aby wykorzystać je
zgodnie z przeznaczeniem. Takie postrzeganie kobiecości jest w mym odczuciu
bardzo krzywdzące. Choćby z uwagi na kobiety, które latami starają się o
dziecko i nic. Pomimo posiadania jajników i macicy. Do tego jeszcze pytania
życzliwych ciotek i sąsiadek – „to kiedy wreszcie dzidziuś?” Bo wiadomo, że bez
dzidziusia twoja egzystencja, droga kobieto, pozbawiona jest sensu i celu
przecież. A która w takiej sytuacji odpowie – „marzę o dziecku i od dawna
staramy się o nie, ale niestety wciąż nie mogę zajść w ciążę” ? Trąbienie o
jedynym słusznym celu, w jakim kobieta została powołana do istnienia, sprawia,
że te, które marzą o macierzyństwie, a nie jest im dane go doświadczyć, przeżywają
dramat. Bo ciągle słyszą o sobie w kategoriach ułomności, niepełnosprawności.
Wmawia się im, że nie mają prawa czuć się spełnione, jeśli nie urodzą dziecka.
Wiadomo – nie wprost, ale niestety tak właśnie daje się odczytać przekaz
nawołujący do rozmnażania się za wszelką cenę. Z jakiegoś powodu, temat
mężczyzny w tym układzie jest w zasadzie pomijany. Najczęściej słyszy się o
kobietach, które nie-mogą-mieć-dzieci,
ewentualnie o niepłodnych parach, ale dawno nie słyszałam o facecie, który
dzieci mieć nie może. I kiedy mowa o odkładaniu-na-później
macierzyństwa, to pytanie o ojcostwo nasuwa mi się niemal samo.
Przyznam, że szlag jasny mnie trafia i cholera mnie bierze
gdy widzę, jak (znów nie-wprost) wmawia się kobiecie, że ciężar
odpowiedzialności rodzicielskiej spoczywa w zasadzie wyłącznie na niej. Jeśli
tak nie jest, to proszę o uzasadnienie, dlaczego to macierzyństwa (a nie ojcostwa lub po prostu rodzicielstwa) nie należy
odkładać na później? Oraz dlaczego jedyną bohaterką wiadomego spotu jest
kobieta?
A wracając do tematu chcenia, to myślę, że jest to bardzo
łatwe do ogarnięcia umysłem. Jedna marzy o dzieciach, druga o karierze
zawodowej, a trzecia o jednym i drugim. I jeśli tylko bardzo zależy im na
realizacji marzeń, to osiągną zamierzone cele czy się to komuś podoba czy nie.
I żadne spoty reklamowe tudzież inne „motywatory” nie będą im do tego
potrzebne, ani też nie staną na przeszkodzie.
Z mego punktu widzenia, fundacja z mamą i tatą w nazwie
obrała sobie cel, niemożliwy do zrealizowania. Nie dość, że o macierzyństwie
traktuje niczym o autobusie, na który czasem można nie zdążyć, to jeszcze
odwołuje się do tego, czego z założenia zmienić się nie da. NIE DA się bowiem wpłynąć
na wolę drugiego człowieka. Owszem – można zmusić siłą, ale wola pozostanie,
jaką była wcześniej.
Kampania, która ma za cel sprawić, aby kobiety, które nie
chcą mieć dzieci, zaczęły chcieć je mieć, pod naciskiem jakże silnego argumentu
(umieram ze strachu), że mogą nie zdążyć (tak, jak ja na autobus) i w
konsekwencji żałować, z góry skazana jest na przegraną. Dlaczego? Bo – patrz
powyżej – nie każda kobieta chce być matką i infantylny przekaz nic tu nie
zdziała.
piątek, 29 maja 2015
#MojeCiałoPodarowało
Obok takiej akcji nie przechodzi się obojętnie.
Mlekoteka i Mataja stworzyły coś wyjątkowego.
Nie od dziś wiadomo, że mleko mamy, to najlepszy pokarm dla dziecka.
Teraz każda z Was ma możliwość przekonać się, jak wiele podarowałyście swoim dzieciom i jak niesamowitą moc ma Wasze ciało.
Tutaj znajdziecie informację, jak obliczyć ilość pokarmu, którą Wasze ciało podarowało.
A gdy już się przekonacie, zachęcam do podzielenia się tą radosną nowiną i tym samym do promowania karmienia piersią.
#MojeCiałoPodarowało
wtorek, 19 maja 2015
Rola kobiecego wsparcia w okresie okołoporodowym
Taki krąg kobiet...
To wcale nie musi być duża grupa. Tak naprawdę czasem
wystarczy tylko jedna kobieta z bardzo otwartym sercem. Krąg to pojęcie, które
ma naszkicować pewną ideę, jaka towarzyszy temu konkretnemu rodzajowi
wspierania.
W okresie okołoporodowym, kobieta doświadcza tak wielu
stanów emocjonalnych i fizycznych, że w pełni zrozumieć ją może tylko druga
kobieta. Szczególnie jeśli sama też już rodziła dzieci.
W tradycji Kultur
Wschodu, taką rolę pełni najczęściej matka rodzącej kobiety.
Dr Preeti Agrawal
w książce „Odkrywam Macierzyństwo” nazywa to matkowaniem matce.
Doświadczyłam takiego matkowania po narodzinach każdej z moich Córek.
Szczególnie za pierwszym razem miało to ogromne znaczenie, bo wszystko było
wówczas takie nowe, nieznane dotąd i jednocześnie przerastające wszelkie moje
wcześniejsze wyobrażenia o macierzyństwie. Obecność mojej mamy była wówczas
nieoceniona i niezastąpiona.
Bardzo chciałabym, w przyszłości być takim
wsparciem dla moich Córek. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że nie zawsze jest
tak, że to właśnie matka-rodzicielka najlepiej potrafi odpowiedzieć na potrzeby
kobiety, która staje na progu swego własnego macierzyństwa. Składa się na to
bardzo wiele czynników. Mogą to być choćby przykre doświadczenia wyniesione z
własnego porodu czy trudne relacje matki z córką, ale również inne czynniki tak
psychologiczne jak i fizyczne.
Jednak bez względu na to, co przyniesie życie, bardzo
chciałabym, aby moim Córkom nigdy nie zabrakło kogoś, kto otoczy je kręgiem
ciepła, miłości i empatii w tych ważnych chwilach.
W czasie porodu taką rolę niewątpliwie pełni doula. Kocha
bezwarunkowo, czuje i rozumie, ale też wspiera fizycznie (pomaga ciału znaleźć
stabilne oparcie, masuje je i podtrzymuje, podaje wodę, pomaga się przebrać czy
umyć) i słownie, gdy choćby trzeba rozwiać jakieś wątpliwości lub coś wyjaśnić.
Doula otacza opieką również przed porodem oraz w połogu. Na
tych etapach często do kręgu wsparcia dołączają inne kobiety – matka,
przyjaciółki, babcia, teściowa, siostra, szwagierka... Każda z nich wnosi wraz
z sobą coś innego. Krąg to jednak nie tyle ilość, co przede wszystkim jakość. Myślę, że kobieta, która urodziła
dziecko, byłaby w stanie przypomnieć sobie, które kobiety w okresie
okołoporodowym tworzyły wokół niej taki krąg wsparcia, a które pomimo swej
obecności w jej życiu w tym okresie, nie należały do tego kręgu, bo ich
obecność nie była wspierająca.
Rola kręgu jest wielka i piękna. Kobieca obecność daje
ciepło wewnętrzne, poczucie spokoju i wiarę w to, że wszystko jest i będzie
dobrze. W towarzystwie wspierających kobiet można pozwolić sobie w pełni na
bycie sobą - bycie tu i teraz ze wszystkimi emocjami, łzami, słowami… bez
cienia obawy, że zostanie się ocenioną czy wyśmianą. To jest przestrzeń pełna
zrozumienia.
![]() |
Krąg wsparcia to nie tylko fizyczna obecność osób. Bywają
bowiem sytuacje, w których trudno o spotkanie twarzą w twarz. Zwłaszcza, gdy
mieszkamy daleko od siebie. Warto pamiętać, że wsparcie duchowe to też ogromna
pomoc. Czasami nie trzeba trzymać kogoś za rękę, żeby poczuł się zrozumiany.
Będąc w trzeciej ciąży miałam w swoim kręgu dwie takie kobiety, które pomimo
dzielących nas setek kilometrów, obdarzyły mnie ogromem wsparcia zarówno duchowego
– w modlitwie, jak i poprzez rozmowy telefoniczne. Jedną z tych kobiet była
położna Irena Chołuj. Niesamowite było dla mnie to, że telefon od Niej dzwonił
zawsze wtedy, gdy akurat bardzo potrzebowałam rozmowy z zaufaną osobą, która
świetnie orientuje się w typowo ciążowej tematyce. Po tych rozmowach czułam się
bardzo podniesiona na duchu z odbudowanymi pokładami nadziei.
Każdej kobiecie oczekującej dziecka życzę, aby wokół niej znalazły się kobiety, które otoczą ją kręgiem wsparcia i będą z nią w najważniejszych dla niej chwilach.
poniedziałek, 4 maja 2015
Przyjąć albo odebrać
Jeśli chce pani, żebym
to ja odbierał pani poród, to proszę do mnie zadzwonić - usłyszałam od
lekarza ginekologa.
Po tym wstępie, wiedziałam już, że nie zadzwonię. I nie
chodziło o to, że taka usługa jest płatna, bo niech sobie będzie. Chodziło o
to, że ja nie chciałam, żeby ktokolwiek odbierał mi poród…
Moim ogromnym szczęściem było to, że wszystkie moje porody
zostały przyjęte z należytym szacunkiem. Przyjęte. Nie odebrane.
Ktoś mógłby uznać, że to czepianie się słówek. Może i tak, ale
biorąc pod uwagę, że każde słówko ma jakieś znaczenie myślę, że w tym przypadku czepianie
się jest całkowicie uzasadnione. Jest ono podyktowane tylko i wyłącznie troską
o jakość narodzin i opieki okołoporodowej, a to jak sądzę wystarczająco ważna
sprawa.
Jaka jest zatem różnica między odbieraniem a przyjmowaniem? Myślę, że najlepszą odpowiedzią są wspomnienia, które wyniosła kobieta z sali porodowej. Jeśli czuła się tam odarta ze swej godności, traktowana przedmiotowo czy wręcz poniżana, to oczywiste jest, że jej poród został odebrany, a wraz z nim jej samoocena, poczucie własnej wartości i cała kobieca moc, z którą weszła do sali porodowej.
Kiedy kobieta opowiadając o swoim porodzie, niemal rozkwita w
oczach rozmówców i wyraźnie widać, że czuje się spełniona w tym doświadczeniu,
to znak, że jej poród został przyjęty.
Są różne podejścia do pracy na bloku porodowym. Można
odbierać porody z nastawieniem na pełnienie zawodowych obowiązków, ale można
też je przyjmować i czuć się zaszczyconą uczestnicząc w procesie narodzin
dziecka i matki.
Kobieta, której poród został przyjęty, mogła podczas
poszczególnych jego etapów robić to, czego chciało jej ciało, a na koniec
cieszyć się bliskością maleństwa - tym ważnym pierwszym dotykiem. Tej, która
musiała słuchać bezdusznych poleceń personelu oraz/lub została na koniec
pozbawiona prawa do przytulenia maleństwa, tej poród odebrano.
Współczuję wszystkim kobietom, które pozbawia się dobrych
doświadczeń poprzez nieuzasadnione, w pośpiechu podejmowane działania typu
mierzenie, ważenie, odciąganie mazi płodowej z noska i ust dziecka, szczepienie
itp. Jeśli dziecko nie wymaga reanimacji i samodzielnie zaczęło oddychać, to te
wszystkie czynności nie mają najmniejszego uzasadnienia. Nie wolno też kobiecie
i dziecku odbierać prawa do pierwszego karmienia, na które jest czas właśnie
bezpośrednio po narodzinach
W 2011 roku, Fundacja Rodzić po ludzku zorganizowała akcję
społeczną pod hasłem „Pozwólcie nam się przywitać”. Apelowano w niej o
zaniechanie zbędnych czynności medycznych bezpośrednio po porodzie na rzecz
kontaktu skóra do skóry przez przynajmniej dwie godziny. Mam wrażenie, że
pomimo upływu czasu, nadal są miejsca, do których ten apel chyba nie dotarł. Bo
jak uzasadnić zabieranie dziecka od matki tylko dlatego, że trzeba zeszyć
popękane lub nacięte krocze? Ten zabieg można wykonać, gdy dziecko leży na
matczynych piersiach. Tak było choćby w moim przypadku – nie odbierano mi
dzieci na czas szycia krocza. Na stronie innej akcji Fundacji Rodzić po ludzku można znaleźć
opisy porodówek, w których na czas szycia krocza lub z innych powodów (niekoniecznie uzasadnionych) dziecko jest zabierane od
matki po czasie zdecydowanie krótszym niż dwie godziny.
Śmiem twierdzić, że ten moment, ta chwila, kiedy maleńkie,
cieplutkie, lepkie od mazi płodowej, bielusieńkie i całe tętniące życiem
maleństwo, ląduje na piersiach mamy, to najcudowniejsza chwila w życiu, z którą
trudno cokolwiek porównać. To, co
wzajemnie przeżywają matka i dziecko w tym momencie, jest z mojego punktu
widzenia wydarzeniem ze sfery sacrum i jedyne, co należy wówczas zrobić, to
nisko pokłonić się i celebrować tę chwilę, bo dla matki i jej dziecka jest ona
święta.
Bardzo wyraźnie poczułam to, uczestnicząc w porodzie jako
doula. Gdy zauważyłam jak główka wyłania się z kanału rodnego, a następnie
spojrzałam w oczy rodzącemu się maleństwu, gdy widziałam, jak wychodzi ono na
świat, był to moment, w którym – dosłownie – czas na chwilę zatrzymał się i
wokół zapanowała cisza. Czułam, jak kolana same uginają się pode mną z ogromu
wdzięczności, która przepełniała moje serce. Było to doświadczenie niemal
mistyczne. Jednocześnie przez cały ten czas byłam w pełni obecna w swoim ciele
i umyśle, bez najmniejszych problemów wypełniając swoje zadania douli.
Myślę zatem, że da się pogodzić odpowiedzialność zawodową z
jednoczesnym celebrowaniem narodzin tak, aby nie zaniedbać żadnego z tych
elementów i przyjąć poród zamiast go odbierać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








